Iran - wojna czasów social media
Zawieszenie broni Donalda Trumpa trzeszczy w posadach, ale na razie się trzyma. Iran zaatakował emiracki port, pojawiają się też sprzeczne doniesienia dotyczące ataków na statki. Zawieszenie broni jest chociaż Amerykanie wojnę wygrali. W Libanie istnieje tylko teoretycznie: od początku kwietnia Izrael zabił tam kilkaset osób i zniszczył szereg wsi. Donald Trump faktycznie dokonał cudu: wywołał wojnę, którą wszyscy wygrali, a potem ją zakończył, choć tak naprawdę trwa nadal.
Zarówno Amerykanie, jak i Irańczycy twierdzą, że ich jest na górze: wszystkie amerykańskie cele zostały osiągnięte, a irański reżim przetrwał, a wręcz mógł się stać bardziej zacietrzewiony. Mimo śmierci całego szeregu bardzo wysoko postawionych urzędników, Islamska Republika nie upadła, ani nie została obalona w wyniku rewolty irańskiego społeczeństwa. Szczególnym batem na Amerykę nie okazał się przy tym mityczny program nuklearny, a przejęcie kontroli and Cieśniną Ormuz. Świetnie podsumował sytuację Fatih Birol, szef Międzynarodowej Agencji Energetycznej:
wciąż nie rozumiem jak świat mógł być tak ślepy, że światowa gospodarka stała się zakładnikiem 50-kilometrowej cieśniny
Atomówka
Należy pamiętać, że izraelsko-amerykańska agresja na Iran jest w oczach ajatollahów idealną ilustracją tego, że broń jądrowa jest im potrzebna do przetrwania. Tehran nie jest ślepy na to co działo się na świecie w przeciągu ostatnich 20 lat. Muammar Gaddhafi pozbył się swoich ambicji nuklearnych w 2003 roku. Osiem lat później stracił władzę i bezskutecznie ukrywał się w kanalizacji na libijskim zaścianku. Zginął w końcu ręką rebeliantów wspieranych przez NATO. Saddama Husseina również oskarżano o dążenia do borni nuklearnej i posiadanie broni masowego rażenia. Irackiego dyktarora obalili Amerykanie w 2003.
W odwrotnym kierunku potoczyła się historia Korei Północnej. Mimo sankcji oraz izolacji politycznej, dyktatura Kimów nieskrępowanie rozwinęła swój wojskowy program nuklearny i nie zapowiada się na nieuchronną amerykańską inwazję półwyspu koreańskiego. Właściwy kierunek jest dla Teheranu oczywisty.
Modżtaba kto?
Amerykański sukces można podsumować jednym zdaniem: wydali miliardy dolarów na to, żeby schedę po Ajatollahu Chomenejim przejął Ajatollah Chameneji. Stanowisko najwyższego przywódcy objął bowiem syn Alego, Modżtaba, choć mówi się, że został ciężko ranny. Modżtaby wciąż nie widziano publicznie, więc niejasny pozostaje jego faktyczny wpływ i autorytet. Jego ojciec Ali budował swoją pozycję latami. Sam Modżataba nie był oczywistym wyborem, a raczej stosunkowo anonimową postacią wewnątrz systemu politycznego Republiki. Ajatollah Ali Khamenei miał być wręcz wręcz przeciwny potencjalnemu awansowi syna na najwyższe stanowisko w kraju; taka dziedziczność byłaby zbyt bezczelna w świetle tego, że przecież obalili autorytarną dynastię Pahlavi.
Nieobecność w przestrzeni publicznej dobrowadziła do szeregu spekulacji. Z jednej strony, jest to awans w bardzo specyficznych warunkach czasu wojny, które ograniczają możliwości nowego przywódcy do kształtowania autorytetu na własnych warunkach. Z drugiej strony, pogłoski dotyczące stanu jego zdrowia kwestionują w ogóle, czy jest w ogóle w stanie rządzić krajem.
Słowo roku: decentralizacja
Zachwiana pozycja Najwyższego Przywódcy nie oznacza jednak, że Republika Islamska schyla się ku upadkowi. System od lat przygotowywano na ewentualność taką jak teraz. Establishment irański zdecydował się na daleko idącą decentralizację władzy. Strategia obrony mozaikowej ma pozwolić na autonomiczne działania wojskowe poszczególnych jednostek w przypadku śmierci wysokich rangą dowódców. Każdy ma zastępcę.
Z kim zatem negocjować? To pytanie zadają sobie, a przynajmniej powinny, obie strony. Irańczycy kwestionują czy team Flip i Flap, znany oficjalnie jako Kushner i Witkoff, ma faktycznie autorytet do decydowania o czymkolwiek w świetle tego, że w trakcie rozmów dzwonili do Trumpa ok. 12 razy (gdy ten oglądał zawody MMA). Podobnie wypowiadają Amerykanie mówiąc o wewnętrznych walkach w irańskim establishmencie.
Jared Kushner i Steve Witkoff w Białym Domu, 29.09.25, REUTERS/KEVIN LAMARQUE
Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że w Teheranie działają dwie frakcje. Jedna z nich jest bardziej otwarta na negocjacje, a druga obrała kurs zdecydowanie bardziej wojowniczy, dążący do kontynuowania wojny. Pozycja opcji konsewratywnej zdaje się przybierać na sile. Przekazy medialne są coraz bardziej zatwardziałe i przebija się przez nie obraz negocjacji jako oznaki słabości. Twardogłowi twierdzą, że Iran bombardowano za każdym razem gdy siadał do negocjacji z USA. Faktycznie, aż do lutego tego roku odbywały się rozmowy obu państw za pośrednictwem Omanu. Podobnie sytuacja wyglądała w zeszłym roku - również negocjowano, a do dwunastodniowej wojny i tak doszło.
Inicjatywę w rozmowach z wrogami Iranu przejął Mohamad-Bagheri Ghalibaf, dawny dowódca w Gwardii Rewolucyjnej (siła konserwatywna), a aktualnie przewnodniczący parlamentu, rzekomo bliski Modżtabie. Choć negocjacje mogłyby wydawać się prerogatywą dyplomacji, a zatem MSZ i ministra Abbasa Aragcziego, to właśnie Ghalibaf gra pierwsze skrzypce. Jednocześnie niewiele widać Prezydenta Mahmouda Pezeshkiana, który zdaje się płynąć z prądem, skupiwszy się na codziennej administracji krajem.
No i jak teraz wstaniesz?
Ciężko jednoznacznie przewidzieć w jakim kierunku potoczą się dalsze wydarzenia. Front libański to zawieszenie broni Schroedingera - jednocześnie obowiązuje i Izrael prowadzi działania wojenne, niszcząc całe wsie wypędziwszy kilkaset tysięcy cywili. Tel Aviv zabił od czwartku 110 osób. Swoje ataki kontynuuje też Hezbollah. Iran blokuje Cieśninę Ormuz, a Ameryka blokuje Iran. JD Vance najpierw jedzie do Pakistanu negocjować, potem jednak lecą Flip i Flap, a na koniec zaś nikt, bo Irańczycy nie wiedzą nic o dalszej cześci rozmów. W końcu Irańczycy zjawiają się w Islamabadzie, ale dochodzi tylko do przekazania oferty. A w międzyczasie Trump grozi i robi się na bóstwo. I tylko cud dla Kremla, że JD Vance nie zjawił się jeszcze w Moskwie.
Prezydentura Donalda Trumpa to produkt i znak czasów ekonomii uwagi i mediów społecznościowych. Zeszłe 60 dni odznaczyły się masą szumu i zniszczenia tylko po to, żeby nic nie osiągnąć, a wręcz cofnąć się w rozwoju. Jednocześnie obnażyły Amerykę jako państwo coraz bardziej faszystowskie i irracjonalne. Podobnie sprawa wygląda w przypadku ogona, który merda psem, czyli Izraela. Państwo żydowskie bez żadnych zahamowań zaznacza swoją ekspansywność oraz bez ogródek już umacnia się w pozycji nowego RPA czasów apartheidu. Nacjonalistyczne ego i bardzo drogie zabawki ministerstw obrony/wojny to bardzo niebezpieczna mieszanka, która może wybuchnąć w twarz nam wszystkim.
Błędem jest przy tym przedstawianie Islamskiej Republiki jako gołębia pokoju i ostoi demokracji. To ten sam reżim, który zabił (przynajmniej) kilka tysięcy pokojowych demonstrantów na przełomie tego i poprzedniego roku. Reżim wciąż wykonuje kary smierci na osobach biorących udział w protestach. Wyrok dziesięciu lat więzienia usłyszała para brytyjskich turystów, którzy przemierzali kraj motocyklem. Rzekomo byli szpiegami.
Żadna ze stron prosto i szybko teraz nie ustąpi. Reżim w Teheranie stał się bardziej zatwardziały, mniej skory do rozmów. Fakt, że Islamska Republika wciąż istnieje, mimo przeważającej sił wojskowej przeciwnika oraz obietnic Trumpa o anihilacji, dodaje reżimowi dodatkowej pewności siebie.
Donald Trump pozostaje zaś Donaldem Trumpem, a jego akolici równie zaślepieni co wcześniej - może to efekt ogromu złota w Białym Domu. Nie widzą jednak, że wojny rozpoczętej dla zabawienia gawiedzi by zapomniała o pedofilii nie da się załatwić statusem na Facebooku.
