Bliski Wschód robi sobie NATO
Turcja, Pakistan i Arabia Saudyjska utworzyły sojusz obronny, którego podstawa przypomina do złudzenia artykuł 5. NATO: atak na jednego to atak na wszystkich.
Nieznane pozostają szczegóły porozumienia, jednak obraz zdaje się komplikować przy bliższym spojrzeniu: według przekazów medialnych dokument, który kraje podpisały w piątek w Mekce nie przewiduje obowiązku wsparcia sojusznika w sposób w jaki znamy to jako członkowie Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jest to raczej kolejna warstwa ochronna działająca jako straszak.
Do warstwy tej należą trzej najpotężniejsi gracze w regionie: Turcja, w której prężnie działa przemysł obronny (w tym produkcja dronów), bogata w surowce energetyczne i pieniądze Arabia Saudyjska, oraz posiadający broń jądrową Pakistan. Znakomita część wyposażenia Arabii Saudyjskiej pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, jednak Turcja wydaje się szczególnie atrakcyjnym kąskiem w obliczu wątpliwości wokół amerykańskich zapasów amunicji.
Wszystkie trzy kraje zapewniają, że Porozumienie o Wspólnej Obronie z Mekki ma charakter czysto obronny i nie jest skierowane przeciw konkretnym państwom. Dokument nie powstał jednak w próżni. Tydzień temu minęło pół roku odkąd Izrael i USA zaatakowały Iran. Republika Islamska odpowiedziała atakami z powietrza na każde państwo Zatoki Perskiej.
Nie dość, że zakończenie wojny jest ulotne jak humor i uwaga Trumpa, to jeszcze konflikt zaczął się rozszerzać. Ugrupowanie Houthi, które rządzi częścią Jemenu i jest sprzymierzone z Teheranem, rozpoczęło w lipcu tego roku blokadę morską Arabii Saudyjskiej na Morzu Czerwonym. Decyzja ta zapadła po tym Rijad zbombardował jemeńskie lotnisko by uniemożliwić powrót delegacji Houthi z pogrzebu Ajatollaha Chamenejego. Rozpoczęły się też wzajemne ataki lotnicze bo obu stronach granicy, w których ucierpieli cywile. Irańskie rakiety spadły również na Jordanię, a drony nieznanego pochodzenia na statki w egipskim porcie Damietta. W tym ostatnim przypadku podejrzenia padają na Iran, choć ten zaprzecza jakoby brał udział. Houthi zaatakowali też saudyjskie tankowce niedaleko portu Janbu.
Porozumienie to również pewien sygnał dla Waszyngtonu, że zaufanie do roli Ameryki jako gwaranta pokoju chwieje się coraz bardziej. Iran, niezdolny do bezpośredniego ataku na przeciwnika, uderza tam gdzie jest w stanie wyrządzić szkody: w sąsiadów, na których terytorium znajduje się amerykańska infrastruktura wojskowa. Nie jest to jeszcze kompletne zerwanie sojuszy z dalekim protektorem, natomiast szejkowie zrozumieli już, że całkowite zdanie się na łaskę i humory Ameryki nie wystarczy by zapewnić stabilność w regionie.
Otwartym pozostaje oczywiście pytanie na ile wiarygodne są zapewnienia o wzajemnej obronie oraz jakiego kształtu nabiorą faktyczne działania. Podobną sztamę Arabia Saudyjska ma z Pakistanem już od prawie roku. Sojusznik nie przyszedł jednak z odsieczą po irańskim kontrataku. Jednym z argumentów za taką reakcją sa geopolityczne ambicje Islamabadu, by stać się przyczułkiem dyplomacji w regionie. Otwarta interwencja wojskowa w tym konflikcje uniewiarygodniłayby pozycję kraju jako neutralnego gracza i pomostu między zwaśnionymi stronami. Rolę mediatora Pakistan odegrał szczególnie poważnie, goszcząc u siebie negocjatorów USA i Iranu w rozmowach w kwietniu tego roku.
Coraz śmielej zachowuje się również sama Arabia Saudyjska. Z końcem lipca królestwo weszło w sojusz z 14 innymi państwami, który skupia się na obronie morskich szlaków handlowych. W tym przypadku chodzi przede wszystkim o akwen Morza Czerwonego oraz cieśninę Bab al-Mandab (ar, Brama Łez). Celem Międzynarodowego Sojuszu Obrony Morskiej jest zapewnienie wolności żeglugi, a zatem możliwość utrzymania eksportu ropy naftowej przez Arabię Saudyjską.
Boski dar dla Arabów Saudyjczycy eksportują obecnie w ok. 70% przez port Janbu na Morzu Czerwonym. Jest to spowodowane blokadą Cieśniny Ormuz przez Iran. Problem w tym, że na podobny pomysł wpadli Houthi, rebeliancka grupa okupująca dużą część zachodniego Jemenu - czyli właśnie tam, gdzie kraj wychodzi na Morze Czerwone i Bramę Łez. W 2015 królestwo rozpoczęło wojnę przeciw Houthi, która doprowadziła do katastrofy humanitarnej w i tak już najuboższym arabskim kraju. W 2022 roku obie strony podpisały zawieszenie broni i od tamtego czasu faktycznie panował względny spokój.
Powstrzymywałbym się jednak przed oceną, że eskalacja ta jest rodem z Teheranu. Houthi są oczywiście sprzymierzeńcami Islamskiej Republiki, natomiast nie są jej całkowitymi marionetkami i posiadają pewien stopień autonomii. Do obecnej eskalacji doszło przede wszystkim w wyniku działań saudyjskich, a szczególnie wspomnianego ataku na lotnisko. Samo bombardowanie musiało wywołać pewną konsternację, gdyż Saudyjczycy sami wysłali delegację na pogrzeb byłego Najwyższego Przywódcy Iranu.
